Jesienny spacer Szlakiem Mew


W pewne niedzielne południe postanawiamy pospacerować sobie po Sopocie. Miasto to oferuje kilka ciekawych szlaków spacerowych, które wiodą częściowo przez kurort, jednak w głównej mierze są to szlaki leśne. W planach mamy przejście wszystkimi szlakami a na początek wybieramy Szlak Mew, który jest dość krótki, gdyż ma ok 6 km. Jest późna jesień, temperatura powietrza wynosi ok. 0 st., ale śniegu nie ma, więc trasa zapowiada się całkiem ciekawie i niezbyt wymagająco.

Sopockie Szlaki Spacerowe są mają oznaczenia na żółtym tle. Szlak Mew jest oznaczony kolorem zielonym.


Szlak Mew rozpoczyna się na granicy Gdyni i Sopotu na przystanku autobusowym przy skrzyżowaniu Alei Zwycięstwa i ul. Bernadowskiej. Samochód zostawiamy po drugiej stronie Alei Zwycięstwa na małym parkingu. Niestety początek szlaku nie jest w żaden sposób oznaczony, nie ma ani tabliczki ani nawet namalowanego szlaku. Jedynym punktem odniesienia jest znak wejścia na plażę nr 20. Idziemy w dół Wąwozem Potoku Swelinia i podziwiamy przyrodę i piękny jesienny krajobraz. Szlaku dalej nigdzie nie widać, ale innej drogi nie ma, więc zakładam, że idziemy dobrze. Niestety przy skrzyżowaniu też nie ma żadnego oznaczenia, więc kierujemy się tylko wiedzą, że musimy iść w stronę morza (czyli w prawo).



Pierwsze oznaczenie szlaku zauważamy dopiero przy drewnianych schodach niemal nad samym morzem.


Schodzimy schodami i dochodzimy do plaży, w miejscu gdzie potok wpływa do morza. Ujście Swelini, w przeciwieństwie do innych sopockich potoków, nie zostało sztucznie uregulowane przez człowieka. Dziś Swelinia stanowi granicę między Gdynią a Sopotem, natomiast w okresie międzywojennym przebiegała tu granica między Wolnym Miastem Gdańskiem a Rzeczpospolitą Polską.


Dalsza wędrówka wiedzie wzdłuż brzegu morza, ale nie plażą tylko Parkiem Północnym, który obejmuje obszar od potoku Swelinia do Grand Hotelu w Sopocie. Ścieżka spacerowa jest oddalona od plaży o kilka / kilkanaście metrów. Liczyłam na to, że idąc tą trasą będzie piękny widok na morze, ale niestety droga wiedzie poniżej wału oddzielającego ją do morza. Ten wał, który mi zasłania widok jest uznawany za naturalny początek Mierzei Wiślanej. Park Północny jest bardzo ciekawie zagospodarowany, ponieważ oprócz ścieżek spacerowych i rowerowych są tablice, dzięki którym dzieci (i nie tylko) mogą dowiedzieć się paru ciekawostek przyrodniczych.


Nieopodal są fundamenty altany poświęconej pamięci burmistrza Sopotu Johannesa Kollatha, który urzędował w latach 1905 - 1908 i przyczynił się między innymi do budowy Parku Północnego. Sama altana została zniszczona w okresie wojennym i rozebrana w latach 50 - tych.


Dalsza ścieżka spacerowa prowadzi drewnianym pomostem, natomiast część z polbruku jest przeznaczona dla rowerzystów.


Od czasu do czasu wał jest niższy i ma trochę mniej roślinności, dzięki czemu widać fragment morza.


Jest też trasa dla rolkarzy, chociaż o tej porze roku raczej nie zobaczymy nikogo na rolkach.


W dalszej części drogi dochodzimy do kapliczki ku czci księdza Tadeusza Cabały.


Co jakiś czas napotykamy słupki z informacjami przyrodniczymi lub zadaniami do wykonania dla dzieci. Jest bardzo ciekawe urozmaicenie wędrówki.


Możemy też obcować z przyrodą. Niektóre zwierzątka chętnie pozują do zdjęć.





Kierując się szlakiem, którego oznaczenia co jakiś czas się pojawiają, wychodzimy z Parku Północnego i idziemy w górę ulicą Powstańców Warszawy. Przechodzimy koło Hotelu Sopot na ulicy Haffnera (tu niestety nie ma oznakowania) i za chwilę skręcamy w lewo w ulicę Młyńską, która wygląda jak leśna ścieżka.


Dochodzimy do odrestaurowanej willi w stylu szachulcowym, w której mieści się Centrum Integracji Społecznej.


Nieopodal jest Staw Młyński i Potok Grodowy. Mimo intensywnego wytężania wzroku przez 4 osoby, znów nie znajdujemy żadnego oznaczenia szlaku, więc idziemy trochę po omacku i dochodzimy do pięknego stawu.


Jesteśmy zauroczeni gładką jak lustro taflą wody i przepięknie odbijającymi się w niej drzewami.


Po wrzuceniu patyka dzieci są przekonane, że stworzyły portal do innego wymiaru.


Wędrówka wędrówką, ale mała przerwa na uzupełnienie cukru we krwi musi być.


Dalej poprzez Wąwozy Grodowe idziemy wąską, przykrytą liśćmi ścieżką, która z każdym krokiem zanika i chyba nikogo nie zdziwi to, że znów nigdzie nie widać szlaku. Tak źle oznakowaną trasą chyba jeszcze nigdy nie szłam, ale na szczęście po jakimś czasie dzieci dostrzegają szlak na pochylonym drzewie.


Dochodzimy do Skansenu Archeologicznego - Grodzisko, ale od strony zaplecza. Wszystko jest pozamykane, więc zwiedzane skansenu przekładamy na bliżej nieokreśloną przyszłość.


Tu kończy się las. Dalej idziemy ulicą Wosia Budzysza i wracamy do Parku Północnego. O dziwo w parku szlaki są dobrze widoczne. Są tu dwa place zabaw, z których dzieci pewnie chętnie by skorzystały, gdyby pogoda była ładniejsza.


Nieopodal Grand Hotelu jest pomnik Jerzego Haffnera, który był założycielem uzdrowiska w Sopocie.


Na przeciwko pomnika jest rzeźba "Pragnienie" przedstawiająca wyrytą w kamieniu twarz zwróconą ku niebu.


Idziemy dalej ulicą Powstańców Warszawy mijając Grand Hotel i Sheraton. Mijamy także Muzeum Figur Woskowych i Zakład Balneologiczny i dochodzimy do latarni morskiej. W mojej głowie rodzi się pomysł, że fajnie by było, gdybyśmy weszli na wszystkie latarnie morskie w Polsce.


Oczywiście kupujemy bilety (po 4 zł), wchodzimy na górę i podziwiamy przepiękny widok.


Latarnia Morska w Sopocie jest częścią Zakładu Balneologicznego. Powstała ona poprzez obudowanie komina kotłowni i formalnie, jako jedyna w Polsce, nie jest latarnią morską ze względu na zbyt mały zasięg światła.


Schodząc z latarni dostajemy dyplomy. Dla dzieci super sprawa, ale dorośli też dostają. Nas bardziej interesuje pieczątka, którą możemy sobie wbić do naszych książeczek z pieczątkami, tylko mama - gapa zwykle książeczki zabiera w góry i nie pomyślała, że w Sopocie też mogą się przydać. No nic, na szczęście mamy ze sobą notes, do którego wbijamy pieczątki a potem je sobie wytniemy i przykleimy do książeczek.


Zbaczamy trochę ze Szlaku Mew. Idziemy na molo w Sopocie, gdyż poza sezonem letnim wstęp na molo jest bezpłatny.


Po zejściu z molo zaczyna się ściemniać, mimo, że jest dopiero godzina 16. Postanawiamy się rozdzielić. Tatę wysyłamy po samochód a my idziemy dalej ulicą Parkową. Za dnia podziwialibyśmy piękne sopockie kamienice, ale po zmroku nie jest tu zbyt przyjemnie. Ludzi prawie nie ma, choć od czasu do czasu pojawia się jakaś ciemna postać. Dochodzimy do ulicy Poniatowskiego i postanawiamy się schronić w Muzeum Sopotu. Mamy szczęście, bo muzeum jest otwarte do 17-tej, więc mamy ponad pół godziny i akurat jest darmowy wstęp. Muzeum jest niewielkie, jest kilka eksponatów i 2 szafy gdańskie, które robią kolosalne wrażenie na dzieciach. Jest też zabudowana weranda, która jest przeznaczona dla dzieci. Tu można wszystkiego dotknąć, pobawić się zabawkami a także pobawić się w sklep korzystając ze starych kas fiskalnych. Działają. Sprawdziłam.


Jest też małe kino na 6 osób. Ekran jest ukryty w starodawnej ramie od obrazu. Akurat jest wyświetlany film o siostrach, które niegdyś zamieszkiwały budynek, w którym jest teraz Muzeum Sopotu. Ku mojemu zdziwieniu dzieci oglądają cały film w wielkim zainteresowaniem.


Wychodząc z muzeum spotykamy tatę. To jeszcze nie jest koniec Szlaku Mew, ale dalsza droga nie ma sensu, bo jest kompletnie ciemno. Kierując się w stronę plaży dostrzegamy tablicę informacyjną o Szlaku Mew, ale widocznie komuś ona przeszkadzała, bo niewiele można się z niej dowiedzieć.


W tym miejscu kończymy naszą wycieczkę, choć mamy mały niedosyt, że nie przeszliśmy szlaku do końca. Została jeszcze przystań rybacka z rybackim mini muzeum i kapliczką upamiętniającą wizytę Jana Pawła II oraz Zdrój Św. Wojciecha. Trudno, po ciemku nie ma sensu iść, a na pewno wiosną tu wrócimy i przejdziemy ten szlak w drugą stronę czyli zaczynając od Zdroju Św. Wojciecha.



Na nasze wycieczki zabieramy różne rzeczy bardziej i mniej potrzebne. Tym razem przydały się rzeczy, które dzieci dostały w ramach akcji "Darmowe gadżety szkolne". Dzieci otrzymały m. in. cukierki, które osłodziły nam wędrówkę oraz zeszyty, notesy i zakładki do książek. Notesy przydały się, żeby zrobić w nich pamiątkowe pieczątki z Latarni Morskiej i Muzeum Sopotu. Akcja "Darmowe gadżety szkolne" jest zorganizowana przez młodego, niewidomego chłopaka Mateusza Pawłowskiego. Gadżety są darmowe, trzeba opłacić tylko koszty wysyłki w wysokości 8 zł. Skontaktować z organizatorem można się pod numerem telefonu 505-904-182 lub poprzez facebook http://www.facebook.com/darmowe.gadzety.szkolne/. Warto pomyśleć o zorganizowaniu takich gadżetów, dla dzieci z biedniejszych rodzin.


Komentarze

  1. Jak widać, jesienią/zimą Trójmiasto też ma swoje uroki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiamy takie wyprawy :) Szkoda tylko, że niektórzy nie potrafią uszanować tego, co przeznaczono dla użytku publicznego...Trendy Mama

    OdpowiedzUsuń
  3. Super relacja! Zapisuję do ulubionych. Odwiedzę to miejsce!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wędrowałem w wakacje podobnym "szlakiem", ale zdecydowanie zimniejsza aura sprawia, że jest jeszcze ładniej!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz