Jak nie organizować wycieczki rowerowej



Jedziemy na wycieczkę rowerową. Po raz pierwszy z innymi ludźmi, po raz pierwszy zorganizowaną przez firmę Grupa Rowerowa 3miasto. Zbiórka jest na parkingu przy Jeziorze Borowo, niedaleko Nowego Dworu Wejherowskiego. 

Plan jest taki: 
Jedziemy około 20 km leśnymi drogami. Przed startem organizator zapewnia, że wycieczka ma być rekreacyjnym przejazdem dla ludzi lubiących spokojną jazdę i dzieci od 4 roku życia, które jeżdżą samodzielnie na rowerze oraz że planowanych jest kilka postojów, ale będzie ich tyle, ile będzie potrzeba. Wszystko wygląda pięknie, spełniamy wszystkie warunki. Wcześniej wycieczka została przez nas opłacona, więc mamy zapewnioną opiekę organizatora. Jeden organizator prowadzi, drugi zamyka a trzeci sobie jeździ i robi zdjęcia.

Jak to wygląda w praktyce:
Ruszamy. Nie pchamy się do przodu, bo i po co. Jedziemy sobie spokojnie a tu nagle pojawia się górka. Madzia się zatrzymuje i ma niewielkie problemy z ruszeniem. Stresu dodaje jej samochód warczący za nami. Rusza, jedziemy dalej. Niby prosta droga a Madzia wjeżdża w krzaki. No nic, wygrzebuje się z nich, wsiada na rower i jedziemy dalej. Dojeżdżamy do rozwidlenia. Rozglądam się, gdzie pojechała grupa. Nikogo nie widać. Orientuję się, że chyba jesteśmy ostatnie. Nagle miga z daleka jakiś jaskrawy kask, to przynajmniej wiem, że mamy jechać w lewo. Doganiamy tatę i Piotrusia, ale przed nami nadal nikogo nie ma. Nie ma także osoby, która miała zamykać. Tata odnajduje właściwą drogę po śladach kół. Madzia zjeżdża z górki i ledwo udaje jej się wyhamować na zakręcie. Kolejne sekundy stracone na próbach ruszenia. Decydujemy, żeby tata i Piotruś jechali szybciej, tak żeby widzieli grupę a w razie wątpliwości co do drogi, to będziemy się kontaktować telefonicznie. Madzia radzi sobie całkiem dobrze, jednak ma problemy z podjazdami. Odnajduje się osoba zamykająca i przez jakiś czas jedzie za nami. Dojeżdżamy do grupy, która ma odpoczynek, je sobie i pije, tylko my odpoczynku nie mamy, bo grupa rusza dalej. No nic, dwa łyki wody i jedziemy. Ten brak odpoczynku niezbyt dobrze wpływa na Madzię, bo jest coraz bardziej zmęczona i mówi, że chce już iść do domu, Piotruś też jest zmęczony. Jedziemy na końcu a za nami jedzie pan zamykający. Dzieci zaczynają płakać. Trasa jest trudna, ciągle podjazdy, dzieci nie dają rady i muszą wprowadzać rowery. Zmieniamy im przerzutki, żeby jechało im się łatwiej, ale niewiele to daje. Robimy postój, woda, wafelki, 5 minut na złapanie oddechu. Pan zamykający chyba nie jest szczęśliwy. Dojeżdżamy do grupy, która ma kolejny postój. Pan prowadzący zarządza, że skoro Madzia nie daje sobie rady, to ma jechać na początku. Próby przedostania się na początek nie są łatwe, bo prawie wszyscy pchają się do przodu. Jedziemy w pierwszej dziesiątce, ale tylko przez chwilę, bo po kolei wszyscy nas wyprzedzają i jesteśmy znowu ostatnie. Dalsza droga jest coraz trudniejsza, jeszcze więcej podjazdów a Madzia jest coraz bardziej zmęczona i nawet nie chce wprowadzać roweru, więc Madzia wchodzi a ja wciągam na każde wzniesienie 2 rowery na raz. Dołącza do nas pani, która rozmawia z panem zamykającym. Tu trasa jest trochę łatwiejsza, przejeżdżamy koło koników i przez łąkę. Kiedy zaczynają się kolejne wzniesienia, to pani próbuje nam pomóc. To, że popycha Madzię przy ruszaniu, to może jest jakaś pomoc, choć Madzia umie ruszać sama. Jak jedziemy razem z Madzią to zwykle Madzia jedzie pierwsza a ja zaraz za nią i czasem mówię jej, kiedy ma pedałować mocniej a kiedy hamować a pani, która usiłowała pomóc wpycha się między mnie a Madzię i ona próbuje kierować Madzią a do tego straszy ją, że jak będzie tak wolno jechać, to nie zdąży na ognisko. Cierpliwość chyba jej się kończy, bo raptem gna do przodu i więcej jej nie widzimy. Robimy postój, Madzia siada sobie na pieńku, ale po 2 minutach pan zamykający zarządza, że jedziemy dalej. Dojeżdżamy do małej grupki ludzi, którzy robią sobie odpoczynek. Dowiadujemy się, że 3 osoby się zagubiły, jeden z przewodników (ten, który miał robić zdjęcia) i jedna pani z dzieckiem na holu. Przewodnik myli trasę a pani jadąc za przewodnikiem myśli, że jedzie dobrze, tylko za nim nie nadąża i zostaje sama w środku lasu (tzn. nie sama - z małym dzieckiem). Pan zamykający z bratem zagubionej pani jadą na poszukiwania i po jakiś 10 minutach, które my wykorzystujemy na odpoczynek, zguby się znajdują. Jedziemy dalej przez coraz trudniejszą trasę, dalej są podjazdy, ale jest też więcej piasku i kamiennych zjazdów. Madzia boi się zjeżdżać po kamieniach, więc sprowadza rower. Pan zamykający nas wyprzedza, ale droga prowadzi wzdłuż jeziora, więc wiemy gdzie jechać. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie cała grupa miała półgodzinny odpoczynek, ale na polecenie pana zamykającego, nie czekała na nas. Pan zamykający chce jechać dalej bez odpoczynku. Madzia się buntuje, więc pan zamykający stwierdza, że nas zostawia. Pokazuje mi tylko na mapie jak dojechać do wsi i drogi, telefonicznie uzgadnia z prowadzącym, że ten przekaże tacie, gdzie jesteśmy, żeby mógł przyjechać po nas samochodem i jedzie dalej. Chwilę odpoczywamy, pijemy resztki wody, wciągam rowery na kolejną górę. Na szczęście dalej jest płasko. Jedziemy do sklepu zaopatrzyć się w wodę do picia. Madzia szczęśliwa jedzie bez żadnych problemów. Chcę zadzwonić do taty, ale nigdzie nie ma zasięgu. Pan w sklepie mówi mi, gdzie trzeba stanąć, żeby złapać zasięg. W końcu udaje mi się dodzwonić. Tata z Piotrusiem są już na miejscu, zapakowali rowery na bagażnik i smażą sobie kiełbaski przy ognisku. Tata nic nie wie, że ma po nas przyjechać, bo informacja nie została przekazana przez pana prowadzącego. Tata zostawia Piotrusia przy ognisku i przyjeżdża po nas, na szczęście łapiemy się jeszcze na kiełbaski.

Wniosek nr 1
Trasa wycieczki jest fajna i malownicza, ale jest też trudna, wiec na pewno nie jest dla dzieci od lat 4, raczej od 10. Nie tylko nasze dzieci miały trudności. Tata mówi, że inne dzieci też płakały i nie chciały jechać dalej. Wbrew zapewnieniom organizatora nie było tyle postojów, ile dzieci potrzebowały. Tempo było dostosowane do osób, które dziarsko ruszyły do przodu, do osób, które jechały bez dzieci lub ze starszymi dziećmi. Organizator nie poradził sobie z tak dużą grupą i nie przewidział wszystkich okoliczności. Wycieczka miała być rekreacyjna a dla niektórych okazała się wyścigiem. Kilkukrotnie byłam sama z dzieckiem w lesie i nie wiedziałam, w którą stronę mamy jechać - nie tego oczekiwałam od zorganizowanej wycieczki dla dzieci, za którą trzeba było zapłacić.

Wniosek nr 2
Wycieczki rowerowe najlepiej organizować sobie samemu, gdyż sami najlepiej wiemy, ile jesteśmy w stanie przejechać, w jakim tempie i ile postojów nam potrzeba - teraz to wiem :)

Komentarze

  1. No to fakt, trochę mało zorganizowana ta wycieczka dla dzieci - chodzi mi o organizatorów, ze się nie spisali. Ale wiecie już jak wygląda taka "Wspólna" przejażdżka i kolejny raz zapiszecie się pewnie dopiero jak dzieci będą starsze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie. Byliśmy, zobaczyliśmy i wiemy, że to nie dla nas. Zorganizowanie samemu świetnej wycieczki rowerowej to naprawdę nie problem.

      Usuń
  2. 20 km - to zdecydowanie za dużo dla dziecka poniżej 10 lat a nawet 10-letnie powinno mieć przed taką wycieczką kilka jazd na podobnym dystansie.
    Prawdę mówiąc nie przyszłoby mi do głowy jechać na zorganizowaną, masową, wycieczkę rowerową. Chyba że byłyby tam atrakcje niemozliwe do zorganizowania na własną rekę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że 20 km jest jak najbardziej do przejechania, ale po łatwiejszym terenie i z odpowiednią ilością przerw. Ta wycieczka była fajnie zareklamowana - piknik rodzinny, dla dzieci od 4 roku życia, kusiło nas ognisko - no daliśmy się nabrać, bo rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

      Usuń
  3. O raju ale przeprawa!!! Podziwiam za wytrwałość i cierpliwość nad dziećmi ale przede wszystkim nad organizatorami. Nie wiem czy bym właśnie ich nie skrzyczała za brak odpowiedzialności. Pozdrawiam i buziaczki dla dzielnej Madzi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krzyczenie na obcych ludzi raczej nic by nie dało. Na ich stronie była dyskusja na ten temat, zdania oczywiście były podzielone, ale mam nadzieję, że organizatorzy będą potrafili wyciągnąć wnioski. Nie dość, że przeprawa dla Madzi była naprawdę ciężka, to jeszcze złapała kleszcza, którego zbadaliśmy i okazało się, że był chory na boreliozę, więc teraz Madzia dostaje antybiotyki.

      Usuń
  4. nooo WRÓCIISCIE :) jak fajnie, bo już myślałam, że blogowanie to u Ciebie temat zamknięty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potrzebowałam przerwy i w końcu odnalazłam swoją drogę :)

      Usuń
  5. Nie lubię takich grupowych wycieczek. Za bardzo trzeba uważać na innych rowerzystów i jedzie się nie swoim tempem. Za to bardzo lubię jeździć rowerem w ogóle. Mąż za to nie lubi, a marzy mi się jakaś rowerowa wycieczka po Polsce:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz